Przekleństwa bywają zbawieniem. Przez dwa miesiące nie miałem dostępu do internetu. Nie mogłem oglądać seriali, filmów na youtube, przewijać beznamiętnie ‘Fejsa’ czy ‘Instagrama’. Nie mogłem słuchać muzyki, bo mój komputer umarł i zostałem z pustym laptopem bez łączności ze światem. Nie miałem w domu radio ani telewizora. Tylko ciszę.

Świat bez dźwięków i obrazów był pusty. Przywykłem do hałasu w pracy, na ulicy, do radio w sklepie i telewizji na siłowni. Kiedy w domu ten szum ucichł, poczułem emocje. Bez mediów, które rozpraszały mnie na każdym kroku, uczucia stały się silniejsze. Odezwał się wewnętrzny smutek i żal.

Przedtem zagłuszało je uzależnienie od internetu. Robiło ze mnie bezwolne zombie, które traciło zmysły i poczucie rzeczywistości, kiedy tylko przepadałem w kolejnym filmie, kolejnej piosence, kolejnym wejściu na Facebook gdzie szukałem Bóg wie jakiego zbawienia czy raczej zapełnienia dla pustki, którą czułem.

Zostały mi tylko książki i mnóstwo wolnego czasu.

Chwyciłem jedną po drugiej. Miały w sobie magię, która zabrała mnie do innego świata. Nie były kurtyną odzielającą mnie od rzeczywistości jak telewizja czy muzyka, były podróżą do miejsca, o którym opowiadały.
Kiedy kończyłem taką, czułem się jakbym naprawdę gdzieś był. Zostawiały ślad w pamięci na dłużej niż film. Stawały się wspomnieniem tak żywym, jakby było śladem prawdziwych wydarzeń.

Złośliwy powie, że to tylko inna forma uciekania od rzeczywistości. Zgadzam się, ale czy nie bardziej kolorowa, budująca nie izolująca; wyciszająca niż wzmagająca stres?

Jak bardzo? O tym może następnym razem…


Za zdjęcie we wpisie dziękuję Alisie (Alisa Anton)